201704.26
3

Trump a druga wojna koreańska?

Barack Obama kończąc swoją prezydenturę ostrzegał, że problem koreański będzie jednym z największych wyzwań polityki międzynarodowej stojących przed kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wydarzenia ostatnich miesięcy wskazują, że nie mylił się, a sytuację w regionie śmiało można określić mianem gorącego kryzysu. Jednak narastające napięcie na Półwyspie Koreańskim w dużej mierze nie jest napędzane sytuacją wewnętrzną, a właśnie działaniami nowej amerykańskiej administracji Trumpa. Reżim Kim Jong-una nie może pozostać obojętny na deklaracje Stanów Zjednoczonych o zakończeniu „strategicznej cierpliwości” i obecności „wszystkich opcji na stole”. O ile wcześniejsza polityka międzynarodowa względem Korei Północnej ograniczała się do nakładania kolejnych sankcji, które okazywały się nieskuteczne ze względu na Chiny, to administracja Trumpa ogłasza, że jest gotowa nawet na zbrojną interwencję, a ataki na Syrię i Afganistan mają stanowić widoczne ostrzeżenia dla Pjongjangu. Korea Północna w odpowiedzi grozi „straciem na pył” swoich przeciwników. Choć północnokoreańskie prowokacje nie są nowością w regionie to teraz bardziej niż kiedykolwiek wybuch zbrojnego konfliktu na Półwyspie wydaje się być możliwy.

Wybuch kolejnego konfliktu i jego przebieg pozostaje jednak wielką niewiadomą. Nie wiadomo, czy Korea Północna dysponuje odpowiednią siłą, by jak zapowiada „zetrzeć w pył cały kontynent amerykański”, ale na pewno może uderzyć w Koreę Południową i znajdujące się w Japonii bazy wojskowe Stanów Zjednoczonych. Oprócz zagrożenia nuklearnego, Korea Północna może zdecydować się na użycie broni chemicznej i biologicznej. W takim konflikcie zapewne poległoby także wielu żołnierzy amerykańskich, a z ich życiem na pewno musi liczyć się prezydent amerykański. Chiny i Japonia są zaniepokojone możliwością znacznego napływu uchodzców w przypadku wybuchu konfliktu, a każde z państw w regionie zdaje sobie sprawę, że nowa wojna koreańska przyniosłaby znacznie więcej strat niż korzyści.

Polityka konfrontacji nie jest obca reżimowi północnokoreańskiemu, jednak czy Kim Jong-un okaże się tak samo dobrym strategiem jak jego ojciec? Młody dyktator północnokoreański jest dość nieprzewidywalny i może w swoich działaniach przekroczyć linię i wywołać konflikt, w którym tak naprawde najwięcej do stracenia ma właśnie jego reżim. Od lat 90. XX wieku Pjongjang wykorzystuje „strategię przetrwania” opartą na groźbach i ograniczonych działaniach wojskowych, które skutecznie odstraszają wrogów. Broń nuklearna jest postrzegana przez Koreę Północną jako metoda obrony, a nie ataku. Wystarczy spojrzeć na upadające reżimy w innych częściach świata, które nie posiadały „straszaka” w formie pocisków nuklearnych i determinacji ich użycia, by zrozumieć skuteczność metody Kimów. Polityka nuklearnej konfrontacji rozpoczęła się w 1994 roku, kiedy to na Półwyspie Koreańskim miał miejsce kryzys podobny do obencego. Administracja ówczesnego prezydenta Billa Clintona była zdeterminowana, aby powstrzymać Koreę Północną przed rozwojem aresnału nuklearnego, nawet jeśli mogło się to wiązać z ryzykiem wybuchu wojny. Dużo później Stany Zjednoczone przyznały, że rzeczywiście były gotowe do ataku na północnokoreańskie instalacje nuklearne. To co powstrzymało administrację Clintona od takiego rozwiązania, to ogromne straty w ludziach, które taki konflikt na Półwyspie by pochłonął. Zanim północnokoreańskie ośrodki militarne zostałyby zniszczone przez amerykański nalot, reżim Kima przypuściłby niszczący atak na zlokalizowaną niedaleko granicy stolicę Korei Południowej. Ostatecznie kryzys z 1994 roku został zażegnany dzięki negocjacjom, w których uczestniczył były prezydent Stanów Zjednoczonych Jimmy Carter. W tym samym roku zmarł także Kim Il-sung (Kim Ir-sen), a rolę przywódcy przejął jego syn Kim Jong-il, który w następnych latach wcale nie zaprzestał rozwoju arsenału nuklearnego, ale wręcz przeciwnie oprał na nim swoją władzę (Kim Jong-il jest w Korei Północnej pamiętany przede wszystkim jako wybitny generał, „wielki wódz”).

Administracja Donalda Trumpa może postąpić podobnie i ograniczyć się jedynie do gróźb ataku. Państwa w regionie zdają sobie sprawę, że nikt nie odniósłby korzyści w wyniku wybuchu konfliktu zbrojnego, dlatego Chiny nawołują do powstrzymywania się od działań zaostrzających sytuację. Każde inne rozwiązanie, takie jak sankcje czy negocjacje, wydaje się być lepszym pomysłem niż interwencja militarna, choć mogą nie odnieść zamierzonego skutku denuklearyzacji Korei Północnej. Nie niosą one jednak zagrożenia wybuchu nowego konfliktu zbrojnego na Półwyspie Koreańskim. Obecnie nie można wykluczyć amerykańskiej operacji wojskowej lub kolejnej północnokoreańskiej próby nuklearnej, z czego każde z tych posunięć może zakończyć się wojną. Zdaje się, że w chwili obecnej kluczem do rozwiązania tego gorącego konfliktu nie jest Korea Południowa (która zdaje się w ogóle nie liczyć), ale Chiny, pełniące rolę „hamulca” zapędów zarówno amerykańskich, jak i północnokoreańskich. Chiny stopniowo odchodzą od swojej polityki „nieingerencji” wobec Korei Północnej, wstrzymując import węgla, blokując bankomaty czy rozmieszczając na granicy 150 tysięcy żołnierzy. Jednocześnie Donald Trump kwestie północnokoreańskie konsultuje telefonicznie nie tylko z premierem Japonii Abe Shinzo, ale także chińskim przywódcą Xi Jinpingiem, zdając sobie sprawę, że kryzysu koreańskiego nie można rozwiązać bez udziału Chin.