201704.14
7

Efekty spotkania Trumpa z Xi

W trakcie szczytu Trump-Xi w kurorcie Mar-a-Lago na Florydzie nie nastąpił, jak można było oczekiwać, żaden istotny przełom w kluczowych kwestiach dzielących Stany Zjednoczone i Chiny. Natomiast w perspektywie wzajemnych utarczek, które towarzyszyły relacjom obu państw od grudniowej rozmowy między Trumpem i prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen, pozytywne przekazy płynące z Pekinu i Waszyngtonu trzeba uznać za krok naprzód. W agendzie dwudniowego spotkania znalazły się kwestie handlowe, problem nuklearny Korei Północnej oraz spory terytorialne na Morzu Południowochińskim. Szczegółów rzecz jasna nie padano. Jedyne co wiadomo, to że strony zobowiązały się do kontynuacji „wielowymiarowego dialogu”.

Kiedy obaj przywódcy kończyli swój pierwszy wspólny obiad amerykańskie rakiety uderzyły na cele w Syrii, co z pewnością miało zademonstrować gotowość amerykańskiej administracji do podejmowania stanowczych kroków militarnych na arenie międzynarodowej. Zdaniem Trumpa, Xi Jinping wykazał się zrozumieniem wobec reakcji USA na użycie broni chemicznej na cywilach przez syryjski reżim. Co więcej, amerykański prezydent znany z ostrych twitterowych wpisów pod adresem ChRL, stwierdził że między nim a Xi wytworzyła się ,,wielka chemia”, choć nie oznacza to, że obie strony dojdą do porozumienia w obszarze polityki handlowej i Korei Północnej. I to właśnie, niesforność Kim Dzong Una, który w przeciwieństwie do Baszara al-Assada dysponuje bronią atomową jest obecnie największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa międzynarodowego. O powadze sytuacji, świadczy fakt, że Korea Północna była również tematem godzinnej rozmowy telefonicznej między oboma przywódcami, która odbyła się kilka dni po spotkaniu na Florydzie.

Ze strony Pekinu pojawiły się sygnały świadczące o gotowości do wykonywania gestów mających służyć poprawie relacji z USA przez zbalansowanie amerykańskiego deficytu handlowego oraz większe otwarcie rynku chińskiego na amerykańskie produkty. Barometrem stosunków amerykańsko-chińskich będzie handel i kwestia Korei Północnej. Zmiękczenie retoryki prezydenta Stanów Zjednoczonych świadczy, że „spotkanie zakończyło się remisem ze wskazaniem” na Xi: Trump zadeklarował zrozumienie, że Chiny nie mają absolutnej kontroli nad reżimem w Pjongjangu oraz powstrzymywanie się od ostrej krytyki chińskiej polityki monetarnej. Dla władz ChRL, oprócz względów równowagi sił w regionie, interwencja amerykańska na Półwyspie Koreańskim jest najmniej pożądanym scenariuszem z uwagi na niechybny exodus ludności KRL-D na północno-wschodnie obszary Chin. Obie strony zaczęły wywierać presję na reżim Kima, który 15 kwietnia uczcił urodziny swojego dziadka Kim Ir Sena, kolejnym, jakkolwiek nieudanym, testem rakietowym. Amerykanie grożą interwencją, natomiast Chiny najprawdopodobniej rozlokowały przy granicy z północnokoreańskim sąsiadem 150 tys. żołnierzy.

W agendzie spotkania (przynajmniej według oficjalnych doniesień) nie pojawił się Tajwan, co wskazuje, że obecnie jest to dla Waszyngtonu temat drugorzędny a Trump będzie w tej sprawie pragmatyczny. Dla amerykańskiej administracji kwestia Tajwanu i interpretacji ,,zasady jednych Chin” wydaje się podlegać bardziej regułom transakcji handlowych, niż stanowić przedmiot ustaleń politycznych.

Pozytywny ton towarzyszący wypowiedziom przedstawicieli obu państw i deklaracja o woli prowadzenia wielowymiarowego dialogu wskazuje na szukanie możliwości porozumienia. Obie strony oprócz, oficjalnych kanałów komunikacji wydają się dobrze rozumieć znaczenie powiązań rodzinno-biznesowo-politycznych. Po stronie chińskiej świadczy o tym zaangażowanie Erika Prince’a, niesławnego szefa najemniczej grupy Blackwater do budowy baz szkoleniowych w Chinach. Prince oprócz olbrzymiego doświadczenia w świadczeniu paramilitarnych usług dla rządu amerykańskiego jest bratem Betsy DeVos, amerykańskiej sekretarz ds. edukacji. W ten sposób władze w Pekinie mogą „zabić dwa ptaki jednym kamieniem”: uzyskać dostęp do amerykańskiego kompleksu wojskowego i kontakty na najwyższym szczeblu administracji w Waszyngtonie. Po stronie USA, zwraca uwagę coraz wyraźniejsze angażowanie przez Trumpa swojego zięcia Jareda Kushnera do prowadzenia polityki z Chinami. Odbywa się to kosztem rzeczników stanowczej czy wręcz antychińskiej polityki: Petera Navarro i Steve’a Bannona. Kushner który cieszy się dobrymi relacjami z chińskim ambasadorem w Waszyngtonie Cui Tiankai’em, jest również mocno związany z Chinami własnymi interesami, które prowadzi m.in. w branży nieruchomości. Nie bez znaczenia dla kierunku rozwoju polityki USA wobec ChRL może być również fakt, że nauk w tym zakresie udziela Kushnerowi Henry Kissinger – architekt zbliżenia amerykańsko-chińskiego w latach 70.