201708.25
4

Donalda i Kima „wojna na słowa”

Przeprowadzone w lipcu północnokoreańskie testy rakiet o rzekomym zasięgu międzykontynentalnym oraz groźba ataku na amerykańską bazę wojskową na wyspie Guam znów zaostrzyły napięcie między Pjongjangiem a Waszyngtonem. W odpowiedzi 8 sierpnia w sieci pojawiło się oświadczenie, że kolejne prowokacje „spotkają się z ogniem i wściekłością, jakich świat nie widział.” Słowa te, choć w stylu reżimu północnokoreańskiego, pojawiły się na Twitterze Donalda Trumpa. Mogą one brzmieć znajomo, gdyż rok wcześniej Kim Jong-un groził, że zamieni Koreę Południową w „morze ognia”. Kolejne tweety amerykańskiego prezydenta o zwiększeniu nuklearnego arsenału oraz stwierdzenie, że „nigdy nie nadejdzie też czas, w którym nie będziemy najpotężniejszym narodem na świecie!”, również brzmią jak zasłyszane w północnokoreańskich przemowach. Wypowiedzi obu przywódców przyjęły już tak podobny ton, że w Internecie można zaleźć quizy „kto to powiedział – Trump czy Kim?”. Choć oświadczenia obu stron są dość prowokujące, wydaje się, że istnieje na razie małe prawdopodobieństwo wprowadzeniach ich w czyn.

Jeszcze 14 sierpnia sytuacja na Półwyspie Koreańskim była napięta. Korea Północna straszyła, że jakikolwiek konflikt zbrojny na Półwyspie przemieni się w wojnę nuklearną. Tego samego dnia Chiny przyłączyły się do wprowadzonych na początku miesiąca przez Organizację Narodów Zjednoczonych sankcji. Południowokoreański prezydent Moon Jae-in nawoływał do pokoju. Moon Jae-in wyraził nadzieję, że Stany Zjednoczone zachowają się spokojnie i odpowiedzialnie, jednocześnie nawołując Koreę Północną do zaprzestania wszelkich prowokacji i natychmiastowego powstrzymania się od wrogiej retoryki, która tylko pogarsza sytuację na Półwyspie. 15 sierpnia świat odetchnął z ulgą, gdy północnokoreańska agencja prasowa KCNA poinformowała o zmianie planów wystrzelenia rakiety w kierunku wyspy Guam. Według północnokoreańskich mediów, Kim Jong-un podczas inspekcji swojej armii miał powiedzieć, że poczeka na to, co zrobią „ci głupi jankesi”.Według północnokoreańskiego przywódcy to Stany Zjednoczone powinny „podjąć właściwą decyzję i pokazać poprzez działania, że chcą załagodzić napięcie na Półwyspie Koreańskim”, tym samym unikając „niebezpiecznego starcia militarnego”. Decyzja Pjongjangu o wstrzymaniu swojej groźby ataku na Guam pojawiła się dzień po zaostrzeniu sankcji ekonomicznych przez Chiny. Wydaje się, że Korea Północna w najbliższym czasie powstrzyma się od kolejnych prowokacji, choć zależy to od przebiegu zaplanowanych na 21 sierpnia manewrów wojskowych Ulchi-Freedom Guardian, w których mają wziąć udział kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy amerykańskich i południowokoreańskich. W oficjalnych mediach Korea Północna określa te ćwiczenia mianem „przygotowań do inwazji” i dlatego pozostaje w gotowości wystrzelenia rakiet „w każdym momencie”.

Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazują, że Donald Trump i Kim Jong-un prowadzą przede wszystkim wojnę na słowa. Choć groźba przerodzenia się napięcia na Półwyspie Koreańskim w konflikt zbrojny istnieje, to jednak wiele wskazuje, że nie dojdzie do niego w najbliższym czasie. Przede wszystkim żadna ze stron nie chce wojny – nie leży ona w interesie ani Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników, ani Korei Północnej. Od lat głównym celem reżimu północnokoreańskiego jest przetrwanie, a arsenał nuklearny ma być tego gwarantem. Broń północnokoreańska pełni zatem rolę odstraszania i  nie ma charakteru ofensywnego. Stany Zjednoczone natomiast zdają sobie sprawę, że atak na reżim stanowiłby zagrożenie dla Korei Południowej i Japonii, jeśli nie dla samych Amerykanów i oznaczałby ogromne straty w ludziach. Chiny także chciałyby uniknąć wojny – nie tylko dlatego, że upadek reżimu Kim Jong-una oznaczałby ogromny napływ uchodźców, ale także z powodu możliwości stacjonowania wojsk amerykańskich i południowokoreańskich tuż u chińskich granic. Po wymianie ostrych zdań miedzy Donaldem Trumpem i Kim Jong-unem przyszedł czas na powrót do sankcji, które mogą jednak skłonić reżim do podjęcia dyplomatycznych negocjacji.