201811.27
1

Czy Polsce opłaca się yibian dao?

Kiedy w październiku br. wiceprezydent USA Mike Pence wygłosił przemówienie w Instytucie Hudsona, amerykańska wojna handlowa z Chinami zyskała jednoznaczne ramy ideologiczne. Lista oskarżeń Pence’a wysunięta w stronę Pekinu jest długa: drapieżne działania handlowe, agresja wojskowa i ingerowanie w politykę wewnętrzną USA. Pence stwierdził bez ogródek, że ,,przywództwo prezydenta Trumpa działa; [a] Chiny chcą innego amerykańskiego prezydenta”. W Pekinie intencje administracji USA odbierane są dokładnie na odwrót – Trump dąży do destabilizacji gospodarczej, a konsekwencji zmiany reżimu w Chinach. W szerszym, nie tylko amerykańskim, kontekście Pence mówił o polityce podporządkowania sobie przez Chiny kolejnych państw za pomocą linii kredytowych (,,debt diplomacy”), a politykę wewnętrzną Pekinu określił jako niezgodną z prawami człowieka – tworzenie państwa policyjnego i brutalne represje mniejszości religijnych. Tak wyraźny nacisk na kwestię praw człowieka w Chinach w retoryce amerykańskich przywódców nie pojawiał się od lat. Przedstawiona przez Pence’a diagnoza chińskich działań politycznych, gospodarczych, wojskowych i propagandowych przywodzi na myśl tezy tzw. długiego telegramu – ekspertyzy wieloletniego dyplomaty amerykańskiego w ZSRR George’a Kennana, która w 1946 r. określiła amerykańskie stanowisko wobec Związku Radzieckiego w tworzącym się układzie zimnowojennym. Przed siedmioma dekadami radzieckie zagrożenie dla świata zachodniego przedstawiano przed wszystkim w kategoriach militarnych, obecne ze strony Chin – głównie na niwie gospodarczej. Jednak zarówno w ujęciu Kennana, jak i Pence’a faktycznym wyzwaniem są różnice polityczno-ideologiczne, które w decydujący sposób określają cele i metody prowadzenia polityki zagranicznej. W ostatnich tygodniach do grona państw przekonanych o nieuchronności nowej zimnej wojny i potrzebie powstrzymywania Chin dołączyła Polska. Czy yibian dao w polskim wydaniu jest właściwe?

Dwa tygodnie po wystąpieniu Pence’a, asystent sekretarza stanu Wess Mitchel obecną walkę USA o wpływy na świecie z Chinami i Rosją przyrównał do rywalizacji ze Związkiem Radzieckim po II wojnie światowej. Według Mitchela obszarem, który wyraźnie odczuwa tę geopolityczną rywalizację jest Europa Środkowo-Wschodnia. Działania Rosji i Chin na obszarze pomiędzy Bałtykiem, Adriatykiem i Morzem Czarnym, choć prowadzone różnymi metodami, są de facto wymieniane w tandemie – jako nastawione na dezintegrację polityczną demokratycznego Zachodu. Tezy Mitchela powtórzył 17 listopada w Hamburgu premier Mateusz Morawiecki. Szef polskiego rządu ocenił, że Chiny rzucają wyzwanie wolnemu światu demokracji i Sojuszowi Transatlantyckiemu: ,,Musimy znaleźć sposób, aby utrzymać właściwy poziom odstraszania, nie przeciwko siłom wolnego świata, ale Chinom i Rosji”. Temu celowi ma służyć stała amerykańska baza wojskowa w Polsce, której korzyści dla Stanów Zjednoczonych przedstawił kilka dni wcześniej w Waszyngtonie szef MON Mariusz Błaszczak: „zatrzymany zostanie postęp imperium rosyjskiego, które coraz częściej razem z Chinami buduje koalicje wymierzoną w wolny świat”. Na poziomie deklaratywnym epistemologię ,,wolnego świata” prezentowana przez polski rząd jest zatem tożsama z amerykańską. Natomiast w praktyce jest wyraźnie odmienna. 6 listopada Chiny zostały poddane trzeciemu Powszechnemu Przeglądowi Okresowemu ONZ (mechanizm kontrolny  mający na celu ocenę stanu przestrzegania praw człowieka w poszczególnych państwach członkowskich). Ogółem 150 państw wysunęło ponad 340 rekomendacji; szczególną uwagę poświęcono masowym, arbitralnym zatrzymaniom muzułmanów w tzw. obozach „reedukacji” i ograniczaniu wolności religijnej w Xinjiangu. Oprócz Stanów Zjednoczonych, do państw zalecających konkretne działania w tym względzie należą Kanada, Australia oraz 10 państw Europy Zachodniej i Północnej, natomiast z regionu Europy Środkowo-Wschodniej głos w tej sprawie zajął tylko rząd Czech.

Oprócz wskazywania różnic aksjologicznych pomiędzy elitami rządzącymi w Waszyngtonie i Warszawie oraz stawiania pytań o realność starań o „Fort Trump” nad Wisłą warto zastanowić się czy Polsce opłaca się ,,oparcie na jednej stronie”? Wizyta ministra Błaszczaka w amerykańskiej stolicy była piątą od objęcia przezeń urzędu w styczniu br. Z podobną częstotliwością Stany Zjednoczone odwiedza szef polskiego rządu Mateusz Morawiecki (wcześniej jako wicepremier), nie znajdując jak dotąd powodów do wizyty w Chinach, lub przedkładając udział w szczycie inicjatywy „16+1” w Sofii nad pielgrzymkę Radio Maryja na Jasnej Górze. Z drugiej strony, reprezentujący Polskę na spotkaniu w Bułgarii wicepremier Gowin wskazywał na pożyteczność ,,16+1” jako instrumentu spajania regionu, którego Polska chce być liderem, jak i roli formatu w rozwijaniu ,,zrównoważonych geograficznie szlaków transportowych i połączeń logistycznych między Unią Europejską a Chinami”.

W tej perspektywie warto odnotować brak stałości w polityce zagranicznej RP wobec Chin, która w ciągu minionej dekady przeszła kilka radykalnych zwrotów, w ostateczności zataczając koło. W 2008 roku, premier Donald Tusk (wraz z kilkoma innymi przywódcami europejskimi) zbojkotował ceremonię otwarcia IO w Pekinie ze względu na kwestię praw człowieka w Tybecie, a trzy lata później wywodzący się z tej samej partii (PO) Bronisław Komorowski podpisał z Chinami umowę o strategicznym partnerstwie. Sam Tusk przyznał w 2013 r., że ,,bierze na siebie odpowiedzialność za wytyczenie linii wyraźnej naprawy relacji polsko-chińskich”.  Kolejny rząd i prezydent (z PiS) na początku wyrażali głęboki optymizm w kwestii zacieśniania stosunków z Chinami, który w połowie 2016 roku przełożył się na wizytę Xi Jinpinga w Warszawie i podniesienie partnerstwa strategicznego do rangi ,,całkowitego”. Najnowszy rozdział w relacjach polsko-chińskich jest teraz pisany na nowo, choć równie niekonsekwentnym językiem. Warto pamiętać, że Morawiecki, jeszcze jako wicepremier nie ukrywał, że jego Strategia na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju opiera się w dużej mierze na koncepcjach ekonomii strukturalnej, promowanej przez chińskiego ekonomistę Justina Yifu Lina. Przekładając te inspiracje na język konkretnych projektów, Polska stara się pozyskać partnerów zagranicznych do realizacji Centralnego Portu Komunikacyjnego (CPK). Po listopadowych spotkaniach w Szanghaju, szef gabinetu politycznego premiera Marek Suski powiedział, że CPK budzi duże zainteresowanie wśród chińskich inwestorów. Jednak biorąc pod uwagę, że węzeł komunikacyjny CPK ma mieć również znaczenie polityczne i militarne (mobilność wojsk NATO), trudno oczekiwać, że przedstawiciele Chin zostaną dopuszczeni do współrealizacji tego projektu.

Polska jako największe państwo w „16+1” mogłaby budować swoją unijną pozycję m.in. na kształtowaniu polityki UE wobec Chin, pamiętając, że konflikt handlowy między Waszyngtonem i Pekinem będzie z upływem czasu ograniczany przez względy polityki wewnętrznej obu mocarstw. Natomiast mając na uwadze groźby handlowe Trumpa pod adresem UE, należy wątpić, że postawa Polski jako wschodnioeuropejskiego przyczółka Stanów Zjednoczonych w sporze z Chinami (i Rosją) przysłuży się budowaniu pozycji Warszawy wewnątrz Unii Europejskiej. Europa chcąc zachować prawdziwie podmiotową pozycję w stosunkach międzynarodowych będzie musiała podkreślać swoją jedność i odrębność (oparcie na rządach prawa i przestrzeganiu zasad wolnego handlu) od kierunków politycznych prezentowanych obecnie przez oba skonfliktowane mocarstwa.