201806.06
1

Chiny zaproszą Niemcy do „16+1”?

Tydzień po wizycie Angeli Merkel w ChRL, podczas której dała do zrozumienia premierowi Li Keqiangowi, że „16+1” osłabia rządy prawa i transparentność w Europie Środkowo-Wschodniej, szef chińskiej dyplomacji udał się do Berlina. 31 maja w stolicy Niemiec Wang Yi przekonywał zwyczajowo, że istniejący od 2012 r. format współpracy wielostronnej Chin i EŚW, pełni dla Pekinu rolę uzupełniającą i korzystnie wpływa na całokształt relacji z całą UE.  Chiński minister oświadczył również, że „16+1” pomaga zmniejszyć różnice rozwojowe pomiędzy zachodnią i wschodnią częścią Europy, a ,,czas pokaże, że ‘16+1’ przyspiesza integrację europejską”. Na dowód swoich intencji, Wang Yi oznajmił, że Chiny intensywnie rozważają zaproszenie przedstawicieli UE i państw członkowskich na kolejny szczyt przywódców „16+1”, a także stworzenie formuły współpracy trójstronnej przez włączenie RFN do projektów Chin i EŚW. Taka, najwyraźniej jednostronna, deklaracja ze strony Pekinu pod adresem Berlina, rozwiewa wątpliwości co do stopnia podmiotowości 16 europejskich członków formatu, choć nie powinna budzić specjalnego zaskoczenia.

Przede wszystkim, dowodzi, że potencjał płynący z „16+1” dla Chin się wyczerpuje i być może – jak spekuluje się od miesięcy – będzie stopniowo wygaszany. Taki scenariusz potwierdziłby dwie przesłanki zaangażowania Pekinu w EŚW. Po pierwsze, jest to „proces uczenia się przez działanie” – testowanie różnych rozwiązań politycznych i gospodarczych. Przykładem próba działania poza zwyczajowymi procedurami przetargowymi w UE, przez wskazanie wykonawcy przy modernizacji linii kolejowej Budapeszt-Belgrad, które spotkało się z zastrzeżeniami Komisji Europejskiej, a w rezultacie doprowadziło do ogłoszenia ponownego, otwartego przetargu jesienią 2017 r. Po drugie, w perspektywie strategicznej, „16+1” jest dla Chin narzędziem balansowania UE. Dotychczasowe efekty funkcjonowania „16+1” dowodzą ogromnego sukcesu polityki Chin na poziomie przywódców państw, przy ponoszeniu bardzo skromnych nakładów finansowych (inwestycje chińskie w EŚW w ciągu sześciu lat nie zmieniły się znacząco, stanowiąc zaledwie 1,1% ogółu inwestycji w Europie). Natomiast jednocześnie władze w Pekinie nawiązały doskonałe relacje polityczne z rządem w Budapeszcie, co przekłada się na poparcie Węgier m.in. dla działań na Morzu Południowochińskim i uznania rynkowego statusu chińskiej gospodarki przez UE. Analogiczną postawę prezentuje od lat premier Orban, wykorzystując Chiny jako narzędzie nacisku na UE. Domagając się inwestycji infrastrukturalnych, stawia Brukselę (a de facto rozgrywający w UE Berlin) przed alternatywą: ,,jeśli nie sfinansujecie naszych potrzeb, zwrócimy się do Chin”. Z kolei uosobieniem sukcesu w polityce wobec Czech, jest uczynienie z Pragi centrum działań potężnego konglomeratu CEFC na Europę. Ta nominalnie prywatna firma, pomimo kłopotów związanych z zatrzymaniem jej szefa Ye Jianminga w lutym br., została w maju wykupiona przez państwowego giganta CITIC ergo znalazła się pod bezpośrednią kontrolą władz ChRL. Natomiast prezydent Milos Zeman, który wraz z partią socjaldemokratyczną jest architektem i politycznym żyrantem otwarcia Czech na ChRL, konsekwentnie utrzymuje pana Ye na stanowisku swojego doradcy ekonomicznego.

Włączenie Niemiec jako najważniejszego oponenta „16+1” do trójstronnej formuły współpracy z Chinami i EŚW, byłoby w tym kontekście doskonałym posunięciem ze strony Pekinu – stanowiłoby dowód dobrej woli i czystych intencji wobec UE (rodzaj alibi w perspektywie oskarżeń o dzielenie Europy) oraz uniemożliwiłoby bądź poważnie osłabiło możliwość realnych działań formatu, pozwalając Pekinowi na zachowanie twarzy wobec jego założycielskich członków. Takie posunięcie wydaje się możliwe jednak tylko w wariancie dającym RFN status obserwatora, a nie pełnego członka, ponieważ skomplikowałoby to relacje Chin z pozostałymi dużymi państwami europejskimi. Natomiast rządy najważniejszych, unijnych państw „16+1”, które jak Węgry, Czechy i Polska są sceptycznie nastawione wobec „dyktatu Brukseli”, potraktowałyby zapewne włączenie Berlina jako kolejną próbę pozbawienia ich podmiotowości, zarówno przez Niemcy, jak i Chiny. Chociaż przy ograniczonym polu manewru i realnym braku alternatywy można założyć, że Warszawa, Budapeszt i Praga, ogłosiłyby formułę trójstronną jako osiągnięcie pożądanego efektu synergii między projektami unijnymi i chińskimi.