201803.16
5

3PytaniaOSA #1: Szczyt Trumpa z Kimem

by in Blog

Ogłoszona ostatnio możliwość spotkania Donalda Trumpa z Kim Jong-unem wzbudziła sporo kontrowersji. Czy w ogóle dojdzie do spotkania? Jeśli tak to dlaczego i co może być podstawą do nowego otwarcia w Azji Wschodniej z dominującym udziałem Stanów Zjednoczonych? Jak zapatrują się na to inni aktorzy? Na te pytania starają się odpowiedzieć dr hab. Dominik Mierzejewski, dr hab. Karol Żakowski, oraz mgr Joanna Jatczak.

Jak „ocieplenie” na linii Waszyngton-Pjongjang wpłynie na relacje amerykańsko-chińskie? Czy prezydent Trump „stracił cierpliwość” do współpracy z Pekinem na froncie koreańskim?

Dominik Mierzejewski: Wygląda na to, że prezydent Donald Trump zaczyna działać unilateralnie. To specyfika tej prezydentury. W kontekście koreańskim jest to bardzo widoczne. Jeszcze kilka lat temu Chiny postrzegane były jako partner, który pomoże w rozwiązaniu koreańskiego gambitu. Tak się jednak nie stało. Rozmowy sześciostronne okazały się fiaskiem, a Pekin i inne państwa zaangażowane w proces pokojowy musiały zgodzić się na umiędzynarodowienie problemu co skutkowało sankcjami na reżim Korei Północnej. W tej sytuacji działanie amerykańskie nie powinno dziwić, natomiast należy wnosić, że jest spowodowane postępującą izolacją Stanów Zjednoczonych w regionie Azji Wschodniej i Azji Południowo-Wschodniej. Postępujące od początku prezydentury D. Trumpa wycofanie się Waszyngtonu dało miejsce Chinom. Zatem zbliżenie Waszyngtonu i Pjongjangu, choć niespodziewane, powinno być rozumiane jako próba powrotu USA do regionu Azji Wschodniej. W tym kontekście taka decyzja Waszyngtonu to wywieranie presji na Pekin praktycznie w każdym aspekcie relacji bilateralnych. Warto podkreślić, że prezydent Trump przeorientował użycie narzędzi wobec Chin z ekonomicznych na wojskowe uznając, że w aspekcie gospodarczym Stany Zjednoczone prędzej przegrają rywalizację z Państwem Środka niż wygrają. To powoduje, że Biały Dom szuka miejsc w których może równoważyć wpływy Pekinu, podobnie jak Richard Nixon i Henry Kissinger poszukiwali równoważenia wpływów Związku Radzieckiego przez otwarcie na Chiny przewodniczącego Mao Zedonga. Tym razem historia może zatoczyć koło tylko z udziałem innych aktorów.

Jak ewentualne zbliżenie Stanów Zjednoczonych i Korei Północnej jest postrzegane przez rząd Abe i jakie kroki dyplomacja japońska może podjąć w tym kontekście?

Karol Żakowski: Postawa wobec Korei Północnej zawsze odgrywała ważną rolę w polityce zagranicznej obecnego premiera Japonii. Abe Shinzō jest zwolennikiem zdecydowanych sankcji ekonomicznych i presji politycznej na reżim w Pjongjangu. Co ważne, Abe zdobył znaczny kapitał polityczny w Japonii dzięki aktywnemu zaangażowaniu w wyjaśnianie problemu porwań japońskich obywateli przez północnokoreańskich szpiegów na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Biorąc to pod uwagę, nagła decyzja Trumpa o spotkaniu z Kim Jong-unem może być postrzegana na dwa sposoby. Z jednej strony, władze w Tokio są zaniepokojone perspektywą nadmiernego zbliżenia amerykańsko-północnokoreańskiego, szczególnie że prezydent USA nie skonsultował tego ważnego kroku z Japonią. Nagłe przestawienie się przez administrację Trumpa z polityki hard power na działania spod znaku soft power może też oznaczać, że amerykański prezydent oddalił się od „jastrzębiego” Abe, słuchając bardziej rad „gołębiego” prezydenta Republiki Korei Moon Jae-ina. Z drugiej strony, premier Japonii będzie się starać wykorzystać spotkanie na szczycie do wymuszenia postępu w sprawie porwań. Po powrocie do władzy w 2012 roku Abe kilkukrotnie poszukiwał kontaktu z Kim Jong-unem, jednak bezskutecznie. Premier Japonii zainwestował też wiele energii w budowę bliskiej relacji z Trumpem i z pewnością będzie chciał, aby amerykański prezydent reprezentował także japońskie interesy na spotkaniu z północnokoreańskim przywódcą.

Czy Waszyngton konsultuje swoje posunięcia z Seulem? Na ile Korea Południowa powinna zostać włączona w rozmowy, a na ile będzie to bilateralny deal między Waszyngtonem a Pjongjangiem?  

Joanna Jatczak: Szczyt Kim-Trump, jeśli dojdzie do skutku, będzie niewątpliwie sukcesem polityki południowokoreańskiego prezydenta, który celowo oddaje część swoich zasług stronie amerykańskiej. Seul zdaje sobie sprawę, że rozwiązanie kryzysu koreańskiego zależy od normalizacji relacji na linii Pjongjang-Waszyngton i w tym procesie widzi dla siebie rolę mediatora. Od maja ubiegłego roku, kiedy to w Korei Południowej nastąpiła zmiana władzy, administracja Moon Jae-ina balansowała pomiędzy próbami wznowienia dialogu międzykoreańskiego, a utrzymaniem sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi. Warto zwrócić uwagę na to, że za każdy przełomowy moment w procesie pojednania między obiema Koreami, prezydent Moon Jae-in wskazywał na zasługi Stanów Zjednocznych. Nie stronił też od pochwał względem strony północnokoreańskiej. W kwestii konsultowania swoich posunięć, to Seul wychodzi z inicjatywą, jednocześnie zachowując pozory, że to Waszyngton kieruje procesem deeskalacji konfliktu na Półwyspie Koreańskim. Prezydent Trump został poinformowany o decyzji Moon Jae-ina dotyczącej wysłania południowokoreańskiej delegacji do Pjongjangu na początku marca, która zaowocowała planami organizacji szczytu międzykoreańskiego w kwietniu. Delegacja, która spotkała się z samym Kim Jong-unem, niezwłocznie po powrocie do Seulu została wysłana do Waszyngtonu, by zapoznać najważniejsze osoby w rządzie amerykańskim z propozycjami północnokoreańskiego przywódcy w zakresie denuklearyzacji. Korea Południowa odegrała znacząca rolę w zbliżeniu Pjongjangu i Waszyngtonu. Moon Jae-in najwyraźniej wyciągnął wnioski z polityki prezydenta Roh Moo-hyuna: nie należy otwarcie działać wbrew Waszyngtonowi. Zamiast tego Moon Jae-in dołożył wszelkich starań, aby schlebiać Donaldowi Trumpowi i przekonać amerykańską administrację, że to w ich interesie leży pokojowe pojednanie na Półwyspie Koreańskim. Szczyt Kim-Moon prawdopodobnie odegra rolę preludium do rozmów na linii Waszyngton-Pjongjang. Do interesów Seulu należy tak naprawdę normalizacja stosunków amerykańsko-północnokoreańskich, co otworzyłoby Korei Południowej drogę do realizacji własnych celów. Dlatego nawet jeśli Seul nie zostanie włączony w rozmowy, to i tak wiele zyska. Co ważne w momencie kiedy rozmowy nie przyniosą rezultatów prezydent Korei Południowej będzie mógł „umyć ręce”.