202006.26
2

Niemiecka prezydencja w Radzie UE a relacje z Chinami

W dniu 1 lipca rozpoczyna się niemieckie przewodnictwo w Radzie Unii Europejskiej. Rząd w Berlinie zdaje sobie sprawę, że oczekiwania wobec prezydencji są olbrzymie – na czele UE stać będzie największy i najsilniejszy gospodarczo kraj członkowski, który na dodatek ma szefową rządu o największym doświadczeniu na unijnym polu walki. Faktycznie to już czwarty raz od momentu zjednoczenia Niemiec, gdy Republika Federalna kieruje pracami Rady. Jednocześnie drugi raz, gdy to rząd Angeli Merkel jest odpowiedzialny za realizację prezydencji (poprzednio w 2007 roku). W kontekście relacji z Chinami zasadnym jest postawienie pytań o to w jaki sposób Berlin planuje prowadzić politykę wobec Państwa Środka? Jak oceniają politykę Pekinu główni politycy niemieccy? I czy współpraca oparta na dawnych zasadach będzie możliwa?

Wstępne założenia prezydencji omawiane były już na jesieni ubiegłego roku, gdy w Bundestagu kanclerz podkreślała, jak w drugiej połowie 2020 roku jej rząd zamierza się skupić na polityce europejskiej (działania na rzecz zjednoczonej, demokratycznej i silnej Europy, która ma sprostać globalnym wyzwaniom), ale także wypracować model współpracy z najważniejszymi międzynarodowymi partnerami UE – Stanami Zjednoczonymi i Chinami. Szczególny ciężar położono tu właśnie na relacjach z Państwem Środka. Założono, że Niemcy staną się architektem nowej strategii względem ChRL i doprowadzą do pierwszego w historii spotkania przywódców wszystkich państw członkowskich Wspólnoty z chińskim liderem.

Pandemia koronawirusa pokrzyżowała jednak te plany. Jako cel pierwszoplanowy niemieckiego przewodnictwa obecnie wymieniana jest walka z ekonomicznymi skutkami wywołanymi przez COVID-19. Ministrowie niemieckiego rządu wielokrotnie wypowiadali się w tej sprawie wskazując, że należy wyciągnąć wnioski z aktualnego kryzysu, a w pierwszej kolejności działać na rzecz ochrony mieszkańców UE oraz budować wspólny front w sprawach medycznych, w tym produkcji niezbędnych artykułów farmaceutycznych. Tę konieczność podkreślała także kanclerz Merkel, gdy 18 czerwca w parlamencie prezentowała cele i założenia prezydencji. Mówiła, że pandemia pokazała, jak delikatny jest projekt europejski i że żaden kraj nie przetrwa kryzysu samodzielnie.

Dziś wiadomo już, że Berlin będzie musiał działać dwutorowo, by zrealizować zarówno zadania określone jeszcze kilka miesięcy temu, jak i te, które będą efektem pandemii. W opinii Merkel obecnie konieczne jest zwiększanie współpracy, intensyfikacja działań i wzmacnianie europejskiej integracji. Zresztą samo hasło prezydencji – „Wspólnie. Uczynimy Europę znowu silną” – podkreśla komponent zacieśniania europejskich więzi. Podczas swojego exposé niemiecka szefowa rządu omawiała dążenie do kształtowania i ulepszania Unii jako stabilnego konceptu dającego nadzieję na przyszłość. Mówiła: „Europa jest otwartym, dynamicznym porządkiem pokoju i wolności, który możemy i musimy stale ulepszać. (…) Europa to nie tylko dziedzictwo historyczne, ale projekt, który prowadzi nas w przyszłość”.

Zgodnie z przedstawionym przez szefową rządu planem, w drugim półroczu 2020 roku Unia Europejska powinna skupić się więc na trzech kluczowych tematach: walce z pandemią koronawirusa i opanowaniem jej gospodarczych konsekwencji; wypracowaniu budżetu na lata 2021-2027; zakończeniu rozmów na temat wystąpienia Wielkiej Brytanii z UE. Ponadto niemiecki program zawiera jeszcze tematy odnoszące się m.in. do europejskiej polityki obronnej, stworzenia unijnych ram dla płac minimalnych, wspólnej polityki azylowej, cyfryzacji i ochrony klimatu.

W sytuacji pandemii powyższa agenda spraw związanych z kwestiami wewnętrznymi uległa przetasowaniu, ale priorytety we współpracy międzynarodowej pozostały niezmienne – według Berlina kluczowe jest obecnie pozycjonowanie Europy między Chinami a USA, jednak największy nacisk ma zostać położony na relacje z ChRL. Istotnie od początku prowadzenia prac nad programem prezydencji jednym z najważniejszych jej wydarzeń miał stać się szczyt UE-Chiny, zaplanowany w Lipsku na 14 września. Jego celem miało być gruntowne omówienie i opracowanie wizji dalszych stosunków między oboma podmiotami. Konkretnie chodziło o stworzenie umowy o ochronie inwestycji, potwierdzenie wspólnej walki ze zmianami klimatu oraz omówienie roli UE i Chin w Afryce.

Z uwagi na obecne napięcia między USA i Chinami spotkanie w Lipsku miało mieć również ogromne znaczenie polityczne. W 27 krajach UE istnieją przecież różne oceny tego, jak postępować z chińskimi dostawcami sprzętu podczas konfigurowania nowoczesnej sieci 5G. Celem szczytu miało być zatem także wypracowanie przez Europejczyków jednolitej polityki wobec Chin.

Dziś wiemy już, że spotkanie to nie odbędzie się. Taką decyzję pod koniec maja br. podjęto w gronie złożonym z niemieckiej kanclerz, przewodniczącego Rady Europejskiej oraz chińskiego przywódcy. Angela Merkel, Charles Michel i Xi Jinping w rozmowie telefonicznej ustalili, że wrześniowa data jest nie do zrealizowania, jednak postawione przed niemiecką prezydencją zadania związane ze stworzeniem nowej strategii w relacjach z ChRL są nadal aktualne. Jak poinformowała chińska agencja informacyjna Xinhua, po zakończeniu telekonferencji Xi wyraził gotowość do zacieśniania strategicznej współpracy z Europą, utrzymania wielostronności i sprostania globalnym wyzwaniom. Niemiecka DPA podkreślała natomiast, że Niemcy chcą w ramach UE „przyczynić się do zbudowania strefy przewidywalności w świecie niepewności”.

Faktycznie niemiecka szefowa rządu wymieniała przez ostatnie miesiące Chiny na pierwszym miejscu wśród priorytetów niemieckiej prezydencji dotyczących polityki zagranicznej UE. Zdaniem kanclerz w relacjach z Chinami nie może chodzić jedynie o rozwój handlu czy stosunki dyplomatyczne, ale także o to, by Europejczycy dostrzegli, że „Chiny są zdeterminowane, by zająć czołowe miejsce w architekturze międzynarodowej”.

Od dłuższego czasu Berlin zdaje sobie sprawę, że jeśli Unia chce być traktowana przez azjatyckiego giganta poważnie, musi mówić wspólnym głosem. Chiny coraz bardziej „stawiają Europę na krawędzi”, podczas gdy Stany Zjednoczone pod rządami Donalda Trumpa idą w przeciwnym kierunku. To odwrócenie się USA od Europy powinno doprowadzić do szczegółowego przemyślenia przyszłych priorytetów jej polityki zagranicznej. Nie chodzi nawet o ostrą konfrontację z ChRL, ale o jasność ustaleń. W Berlinie coraz częściej mówi się o tym, że Niemcy powinny przyjąć stanowczy kurs w kwestiach praw człowieka i otwarcie potępiać tłumienie ruchów demokratycznych, np. w Hongkongu.

Ciekawie mówił o tym ostatnio kandydat CDU na kanclerza (najbliższe wybory parlamentarne w 2021 roku), Norbert Röttgen. Podkreślał, że „stosunkowo duże spory, jakie mamy w Unii, to słabość”, bowiem Pekin rozgrywa kraje europejskie według własnych reguł. Silne gospodarczo państwa radzą sobie częściowo z chińską konkurencją, ale dla mniejszych krajów członkowskich UE ta gra w divide et impera może skończyć się marnie. Przykładem są tu zarówno Grecja (port w Pireusie), jak i Węgry (linia kolejowa do Belgradu), ale też RFN. Niemiecki przemysł samochodowy jest silnie uzależniony od rynku zbytu w Azji – teraz, z powodu pandemii, jeszcze bardziej niż wcześniej.

Jednocześnie obecna epidemia może być w perspektywie gospodarczej i politycznej traktowana jako sposobność do stworzenia nowych reguł działania środowiska międzynarodowego, opierających się na wzajemnym poszanowaniu i praworządności. W jednej z publicznych wypowiedzi kanclerz Merkel stwierdziła niedawno, że „Europa może wyjść z kryzysu wzmocniona pod warunkiem, że utrzyma jedność i okaże solidarność”. Ponadto, choć „pandemia doprowadzi do zaostrzenia konfliktów”, to ich efektem może stać się wypracowanie nowego porządku światowego i norm gospodarczych, skrojonych na miarę wyzwań XXI wieku. Zdaniem Merkel COVID-19 stanie się także testem dla unijnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa.

Rzeczywiście – oficjalnym powodem odwołania wrześniowego spotkania na szczycie stała się pandemia, ale nie bez znaczenia są też konflikty polityczne, przede wszystkim obawy związane z ograniczeniem autonomii Hongkongu. Stosunki Unii Europejskiej z Chinami są napięte m.in. ze względu na nowe prawo dotyczące bezpieczeństwa narodowego. Chiński Kongres Ludowy zatwierdził pod koniec maja br. plany kontrowersyjnej ustawy o bezpieczeństwie w Hongkongu, kładąc podwaliny pod oficjalny dekret. Prawo zostało ostro skrytykowane przez niemieckiego szefa dyplomacji. Heiko Maas wezwał Chiny do poszanowania wolności tego autonomicznego regionu, apelując o przestrzeganie zasad praworządności. Podobną opinię zaprezentował także minister stanu ds. Europy Michael Roth, który podkreślał, że Chiny są bliskim partnerem Niemiec m.in. w zakresie ochrony klimatu, jednak Europa konkuruje z chińskim systemem w kwestiach takich jak prawa człowieka i podstawowe wartości. Zmiana chińskiej polityki w tym względzie jest więc zdaniem federalnego ministerstwa spraw zagranicznych konieczna.

Ale czy jest możliwa? Niemcy wkrótce będą chciały znaleźć odpowiedź na to (retoryczne jak się wydaje) pytanie. Rząd w Berlinie będzie musiał zastanowić się nie tylko nad tym, jak dokładnie Europa powinna postępować z Chinami, ale także jak z nimi rozmawiać. Jak wyraźnie powinna domagać się przestrzegania praw człowieka i jak potępić tłumienie ruchu demokratycznego w Hongkongu? Same ciepłe słowa wsparcia dla protestujących nie wystarczą.