202004.20
4

Co to jest #MilkTeaAlliance?

W ostatnim czasie tajski serial telewizyjny „2gether: The Series” zyskał dużą popularność nie tylko w kraju, ale i za granicą, między innymi w Chinach. Jednak fakt, iż odtwórca głównej roli Vachirawit Chiva-aree polubił twitta jednego z tajskich fotografów wzbudził sporo emocji. O czym zatem był ten wpis? Były tam zdjęcia czterech miast, z których jedno było zrobione w Hongkongu, ale tekst postu sugerował, że jest to niezależne państwo. Szybko wzbudziło to oburzenie internautów w Chinach. W odpowiedzi na zamieszenie wywołane wokół wpisu, zarówno aktor jak i fotograf zamieścili na swoich portalach społecznościowych przeprosiny, a także zapewnienie, że taka sytuacja więcej się nie powtórzy. Początkowe załagodzenie sytuacji nie potrwało jednak długo, ponieważ pod lupę została wzięta aktywność internetowa partnerki aktora – Weeraya Sukaram. Chińscy internauci znaleźli kolejne dwa powody do niezadowolenia. Otóż modelka udostępniła ze swojego konta post na Twiterze sugerujący, iż COVID-19 został opracowany w chińskim laboratorium w Wuhan, a rząd w Pekinie brał czynny udział w tuszowaniu wybuchu pandemii za sprawą prześladowań wszystkich ludzi, którzy chcieli ostrzec przed niebezpieczeństwem. Twarzą osób dążących do zaalarmowania społeczeństwa stał się chiński lekarz Li Wenliang, który ostatecznie zmarł w wyniku zakażenia koronawirusem. Ponadto odkryto, że Weeraya Sukaram na innym portalu społecznościowym (Instagram), dała jasno do zrozumienia w jednym ze swoich komentarzy, iż Tajwan nie jest integralną częścią Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL).

Ogniskowało to dalszą złość Chińczyków w tym przede wszystkim finansowaną przez władze grupę zwaną Armią 50 Centów (50 Cent Army/5 mao dang). To grupa ponad dwóch milionów internautów pilnujących „poprawności” Internetu, odpowiadających na zaczepki zagraniczne i stymulujących patriotyczne dyskusje. Efektem aktywności tej grupy może być nawet 448 mln komentarzy rocznie, udostępnianych na wszelkiego rodzaju portalach, forach i stronach internetowych. Wykorzystali oni pseudonim modelki w postaci hasztaga (#nnevvy) oraz internetowe memy do kampanii, w której zaczęli nawoływać w chińskich jak i zachodnich portalach społecznościowych do przeprosin za brak poszanowania integralności Chińskiej Republiki Ludowej.

Czy to przyniosło spodziewane rezultaty? Otóż nie. Tajowie, ze swoim makiawelicznym podejściem stali się groźnym internetowym przeciwnikiem. Przyznali rację chińskim aktywistom „armii pięciu mao” porównując autorytarne zapędy rządów w Bangkoku do tych, które panują w Chińskiej Republice Ludowej. Co więcej internauci tajscy nic sobie nie zrobili z oficjalnego stanowiska rzecznika chińskiej ambasady w Tajlandii. Ambasada ChRL w Bangkoku nawoływała do respektowania polityki jednych Chin jak i podkreślała długoletnią przyjaźń między państwami. Podkreślono tym samym, że liczne komentarze krytyki ChRL są stronnicze i jednostkowe, a co za tym idzie mają nie odzwierciedlać oficjalnego stanowiska rządu w Bangkoku. Tym samym ambasada wyjaśniła jakie jest stanowisko rządu w Tajlandii (sic!).
Tajowie odpowiedzieli w zupełnie inny sposób niż kalkulowano w Pekinie. Nie tylko stanęli oni w obronie Weeraya Sukaram, ale zaczęli wykorzystywać ataki płynące z Chin przeciwko swoim adwersarzom. Dobitnie zaznaczyli, że polityka jednych Chin nie może być nikomu narzucona. Z kolei krajowi eksperci zwrócili uwagę, że tak silny opór wobec chińskich nacisków można połączyć z oburzeniem społecznym wynikającym z nieliberalnych rządów w Tajlandii, a sprawa wokół modelki dała tylko upust długo skrywanym emocjom.

Po pewnym czasie spór został zauważony przez użytkowników z Tajwanu, Hongkongu i Filipin, którzy wyrazili swoje poparcie dla Tajów, sprzeciwiających się niedemokratycznym praktykom. Znalazł się wśród nich między innymi główny działacz na rzecz demokratyzacji Hongkongu – Joshua Wong, który z kolei był popierany przez główną partię opozycyjną w Tajlandii – Future Forward (została jednak rozwiązana przez Trybunał Konstytucyjny w lutym bieżącego roku) podczas ubiegłorocznych protestów. Ponadto prezydent Tajwanu Tsai Ing-wen złożyła Tajom za pośrednictwem Twittera najlepsze życzenia z okazji lokalnych obchodów nowego roku. Co prawda nie odniosła się bezpośrednio do internetowego sporu, ale oczywistym jest, że była to pewna forma wyrażenia solidarności. Sprzeciw internautów wobec nadużyć chiński „trolli internetowych” doprowadził do narodzenia się „sojuszu herbaty z mlekiem (#MilkTeaAlliance)”, który swoją nazwę wziął od napoju popularnego zarówno w Tajlandii, Hongkongu jak i na Tajwanie, ale swoim zasięgiem może objąć inne regiony. Sam „sojusz” można rozpatrywać bezpośrednio przez pryzmat wydarzeń mających miejsce na portalach społecznościowych wokół hasła #nnevvy, ale może się on przekształcić w większy ruch, skupiających młode pokolenie obywateli państw, w których rządy nadużywają swojej władzy. Tajowie poprzez aktywność w ramach #MilkTeaAlliance dają wyraz swojemu sprzeciwowi przeciwko autorytarnym mechanizmom stosowanych przez rząd w Pekinie, ale tym samym sygnalizują władzom w Bangkoku (zwłaszcza premierowi Prayuth Chan-ocha’owi), brak poparcia dla tego rodzaju praktyk. Długo wyczekiwane demokratyczne wybory z marca 2019 roku (okupione przecież licznymi protestami, po tym jak Prayuth Chan-ocha przeprowadził zamach stanu w 2014 roku) miały zmienić sytuację w kraju na lepsze, ale rozwiązanie trzeciej największej siły w parlamencie (Future Forward) oraz zacieśnianie współpracy z ChRL nie zwiastują w najbliższym czasie konsolidacji władzy wokół demokratycznych wartości.

Do tego wszystkiego mogą dojść obawy przed rosnącymi wpływami Chin. Według raportu Centrum Studiów ASEAN ISEAS z 2019 roku 45,1% respondentów z Tajlandii zadeklarowało, że Chiny zmierzają w kierunku rewizjonistycznego mocarstwa, które chce sobie podporządkować region Azji Południowo-Wschodniej (dla porównania wyniki dla Wietnamu wynoszą 60,7%, a Filipin 66,4%). Natomiast w tegorocznym raporcie Tajlandia znalazła się wśród trzech państw najbardziej obawiających się rosnącej potęgi ChRL. Największe obawy wykazali ankietowani z Filipin (82,1%), Wietnamu (80,2%) oraz Tajlandii (75,9%). Biorąc pod uwagę wyniki badań, a także systemy polityczne, wszystko wskazuje na to, że to Filipińczycy mogą się przyłączyć do #MilkTeaAlliance. Komunistyczne rządu w Wietnamie będą najprawdopodobniej największą przeszkodą w formułowaniu krytyki po adresem Pekinu, choć można zauważyć zwrot Hanoi w kierunku Waszyngtonu, przynajmniej w sferze wzmocnienia współpracy militarnej pod kątem sporu terytorialnego na Morzu Południowochińskim. Filipiny także są stroną w tym sporze, ale prezydent Rodrigo Duterte od czasu objęcia prezydentury w 2016 roku wybrał zupełnie inny kierunek. Sukcesywnie pogłębia rozłam w sojuszu z Amerykanami na rzecz umacniania relacji z Xi Jinpingiem. Bliższa współpraca z Chinami niekoniecznie przynosi efekty w kontekście sporu terytorialnego (przynajmniej na razie), aczkolwiek sprzyja umacnianiu własnej pozycji w kraju, dzięki czemu może wcielać w życie swojego programy (często bardzo kontrowersyjnej, jak kampania antynarkotykowa), bez oglądania się na krytykę Stanów Zjednoczonych czy opozycji politycznej, systematycznie pozbawianej jakichkolwiek wpływów. Oburzenie Filipińczyków w związku z daleko idącymi ustępstwami prezydenta Duterte wobec Chin (zarówno w kontekście roszczeń na Morzu Południowochińskim jak i współpracy gospodarczej), a także jego polityka wewnętrzna zmierzająca w kierunku autorytaryzmu, mogą prowadzić do eskalacji negatywnych emocji w formie oporu wyrażonego w świecie wirtualnym za pośrednictwem mediów społecznościowych. To z kolei może ostatecznie doprowadzić to protestów, których byliśmy świadkami w Hongkongu w ubiegłym roku.

Strach związany z pandemią koronawirusa oraz widmo kryzysu finansowego mogą stać się dodatkowymi katalizatorami przyspieszającymi ruchy społeczne. Nie można przy tym zapomnieć o zagrożeniach, które zeszły na dalszy tor w obliczu rozprzestrzeniania się COVID-19 na całym świecie. Do tego dochodzą wciąż postępujące zmiany klimatyczne, na które mają również wpływ decyzje polityczne. W tym kontekście kluczowym wydaje się region rzeki Mekong i państw leżących w jej delcie, które zmagają się z coraz większą suszą. Odpowiada za to z jednej strony globalne ocieplenie, a z drugiej sposób zarządzania przez Chiny jedenastoma tamami położonymi w górnym biegu rzeki. Specjaliści z zakresu hydrologii alarmują (chociażby firma Eyes on Earth), że takie państwa jak Laos, Birma, Tajlandia, Kambodża czy Wietnam „znajdują się na łasce rządu” w Pekinie, który może regulować poziom wody w taki sposób, aby najlepiej to służyło interesom KPCh w tym regionie.

Podsumowując niewielki wątek serialowy i początkowo humorystycznie komentowany przez internautów z Tajlandii stał się elementem polityki międzynarodowej. Dla Pekinu przybrał dość nieoczekiwany obrót pokazujący jak sterowane odgórnie działania mogą jednoczyć międzynarodową publikę kontestującą działania Chin. Warto jeszcze raz podkreślić jak silnym medium jest Internet, czego chyba najdobitniejszym przykładem na przestrzeni ostatnich kilku lat była Arabska Wiosna, ale jego rola była równie bardzo widoczna podczas wszelkiego rodzaju protestów, na przykład w Hongkongu. Rosnąca potęga Chin, a tym bardziej coraz bardziej asertywna polityka zagraniczna wzbudza obawy w krajach regionu. Natomiast narastający populizm i zmiany na arenie wewnętrznej poszczególnych państw w stronę autorytaryzmu tylko i wyłącznie potęgują strach, który ostatecznie może się przerodzić w bunt uderzający w autorytarne tendencje wewnątrzpaństwowe a katalizatorem będą tu antychińskie nastroje.

*Źródło grafiki: https://twitter.com/nnevvy_19/status/1250388032902975488?s=20